Blog > Komentarze do wpisu

Leopold Tyrmand... ja, ja i tylko ja!

Tyrmand nigdy mnie nie interesował jako człowiek – wydawał mi się nadętym bufonem i egoistą. Jednak zdecydowałam się napisać o nim po przeczytaniu "Romansu Amerykańskiego" Agaty Tuszyńskiej, a dokładniej ze względu na jego żonę – śliczną, uroczą i inteligentną Mary Ellen. Przekonałam się, że Tyrmand faktycznie był nadętym bufonem i egoistą, ale ocena jego osoby zredukowana do tych tylko cech byłaby zbyt uproszczona. :-) Po lekturze książek Tyrmanda i o Tyrmandzie doszłam do "odkrywczego" wniosku, że bycie pewnym siebie to nic złego, dążenie do sukcesu jest również chwalebne - dopóki nie szkodzi innym.

Leopold Tyrmand urodził się w 1920 roku. Przeżył wojnę i okupację, zgłaszając się na roboty do Niemiec (zgodnie z zasadą, że najbezpieczniej jest w oku cyklonu). Chciał uciec do Szwecji, lecz został schwytany i końca wojny doczekał w obozie koncentracyjnym w Norwegii.
Mimo, że w czasie wojny krótko pracował w gazecie "Prawda komsomolska" (wiadomo, jakiej orientacji) – po wojnie Tyrmand nienawidził komunizmu i nie bał się tego ujawniać.
Rzucił wyzwanie reżimowi na specyficznym polu. Buntował się przeciw szarzyźnie i bylejakości pierwszych lat powojennych swoim wyglądem i stylem bycia. Lubił się wyróżniać – choć nieraz chodził głodny, zawsze był ubrany bardzo oryginalnie – przykrótkie wąskie spodnie, kolorowe skarpetki, ciekawe krawaty, buty na bardzo grubej podeszwie. Zwracał na siebie uwagę w czasach, kiedy wiele osób wolało się nie wychylać. Pracował w tym czasie w wielu gazetach, m.in. w "Przekroju", z którego wyrzucono go w 1950 po napisaniu artykułu, w którym potępia stronniczych radzieckich sędziów na zawodach bokserskich. ("Należałem do do zespołu "Przekroju", póki ten tygodnik reprezentował cywilizację i sztukę" – napisał w "Dzienniku 1954").

Nigdy nie poszedł na kompromis z reżimem – dla niego idee były bardzo ważne. Przez długi czas pozostawał bez pracy, nieraz musiał pożyczać pieniądze na obiad.  Długi zawsze regulował.
Swój "Dziennik 1954" zaczął tworzyć, kiedy stracił pracę za odmowę (wraz z całą redakcją "Tygodnika Powszechengo") napisania pochwalnego nekrologu Stalina. (Wreszcie wylądowałem w "Tygodniku Powszechnym", gdzie stoczyłem krótką, lecz w mym życiu najważniejszą, bitwę o polską kulturę, bowiem na chwilę dano mi do ręki broń na miarę takiej walki.)
 W swoich zapiskach opisuje rok 1954 i lata tużpowojenne, ostro piętnując komunistyczną rzeczywistość, a także krytykując wiele osób z kręgu kultury. (Przegrałem wszystkie bitwy, ten dziennik to ostatnia reduta i będę się spoza niego bronił tak długo, jak będzie można. (...)Pisarz jest pisarzem, bo pisze. Jak nie pisze, to może też jest, ale nikt o tym nie wie, najmniej on sam.) "Wisienką na torcie" są opisy własnych podbojów miłosnych.

Tyrmand był pamiętliwy do przesady – i ludzi, którym miał coś do zarzucenia, opisywał bardzo krytycznie  w swoich książkach.  Jednym z niewielu, których cenił i chwalił, był Stefan Kisielewski – znany publicysta i  krytyk muzyczny.

Wolał żyć w nędzy, niż kolaborować.
Wolał pisać do szuflady, niż zginać kark. A właściwie zamiast do szuflady – wolał nie pisać wcale, bo twierdził, że pisarz może być pisarzem tylko wtedy, gdy ma czytelników. Nie mogąc pisać, nic nie zarabiał. Z powodu biedy stał się człowiekiem skąpym.

Był człowiekiem o złożonej osobowości, z jednej strony był złośliwy, nieco zakompleksiony na punkcie swojego wyglądu (brunet niskiego wzrostu, drobna budowa ciała, skłonność do tycia)  napastliwy, prowokujący, w uczuciach raczej chłodny. Lubił prowokować swoim zachowaniem i wyglądem.
Z drugiej strony miał wiele cech pozytywnych: utalentowany i bardzo inteligentny, w swoich poglądach  niezłomny, był duszą towarzystwa, wierzył w siebie i potrafił przekonać kobiety o tym, jaki jest wspaniały –  może stąd jego powodzenie... Miał w sobie niespożytą energię i potrafił cieszyć się życiem. Był dobrze wychowany i dbał o konwenanse. Na przykład prawie nie pił, bo bycie pijanym było w złym stylu, a on dbał o styl.
Był egocentrykiem, jak większość artystów. Nie można być wobec niego obojętnym – dlatego jest taki interesujący.
 
Leopold Tyrmand potrzebował widowni, przed którą mógł brylować. Stąd jego przyjaciółki i żony mówią, że był raczej  wychowawcą, lubił je pouczać, być wobec nich mentorem, guru, ale nigdy partnetrem ani przyjacielem. Lubił kobiety efektowne, którymi mógł się chwalić. Zawsze były młodsze od niego – być może czuł wtedy wyższość intelektualną i z racji doświadczenia życiowego mógł grać w związku pierwsze skrzypce.  Chciał być zauważany i podziwiany – między innymi dzięki młodym ładnym towarzyszkom, z którymi pojawiał się w restauracjach i na balach.

Miał wiele partnerek, do jeszcze większej ich liczby się przyznawał.
Swój romans z 18-letnią Krystyną S. (Bogną), którą przygotowywał do matury, opisuje w "Dzienniku 1954" (w którym odmłodził ją o dwa lata). Choć ją unieśmiertelnił, ona nie wspominała go dobrze, a książkę przeczytała dopiero pod koniec lat 80.
Inną jego partnerką była Maria Iwaszkiewicz (córka Jarosława), z którą był w związku kilka miesięcy.
Przez kilka lat tworzył parę z Rysią Stemler. Ją to określił w "Dzienniku", jako swoją największą miłość.
Żenił się trzy razy.

Pierwsze małżeństwo zawarł z Małgorzatą Rubel w 1955. Miał 35 lat, ona 21. Ślub był cywilny.  Związek przetrwał zaledwie trzy lata.
Małgorzata była w tym małżeństwie samotna i nieszczęśliwa. Leopold nie był najlepszym mężem – nie mógł się powstrzymać od pouczania, oceniania i strofowania żony. Uważał ją za beztalencie.  Nie interesował się jej sprawami, ani nie wtajemniczał w swoje.  Wydaje się, że byli bardzo niedobraną parą. Leopold miewał romanse, Małgorzata również. Kiedy on chciał się z nią rozwieść, po prostu jej to zakomunikował. Po rozstaniu Małgorzata długo dochodziła do siebie, miała  trudności, aby dokończyć studia na ASP.
Również w roku 1955 napisał "Złego". Jego pierwsza żona była pierwowzorem jednej z postaci – Marty Majewskiej. Był to w jego życiu moment przełomowy – do tego czasu był uważany jedynie za śmiesznego ekscentryka i egocentryka –  po "Złym" wszystko się zmieniło. Stał się megagwiazdą na firmamencie polskiej literatury. Egzemparze tej książki sprzedawano spod lady. "Złego" czytali  wszyscy. Zarobił wreszcie duże pieniądze i mógł kupić sobie auto, którym "szpanował" po ulicach Warszawy...

Drugie małżeństwo z Barbarą Hoff, przetrwało nieco dłużej: od 1959 do 1966. Panna młoda miała 27 lat, pan młody (z odzysku) 39. Tym razem ślub był kościelny.
Leopold nie był człowiekiem wylewnym, ale do tego małżeństwa podchodził serio. Barbara miała
duszę artystki, więc była zadwolona z tego, że Leopold potrafił sam świetnie gotować i nie wymagał od żony, żeby była kurą domową. Uważała, że jej mąż jest bardzo zabawny i nie można się przy nim nudzić.

 Niestety, po kilku latach od wydania "Złego" prawie nie miał innych dochodów. Nie mógł znaleźć pracy, ponieważ przez władze był źle widziany. O Tyrmandzie inni autorzy nie mogli pisać pozytywnie, on sam miał całkowity zakaz druku. Przez wiele lat odmawiano mu przyznania paszportu. Nie mógł więc ani wyjechać, ani pracować.
Podczas małżeństwa z Barbarą w mieszkaniu mieli zamontowany podsłuch.  Nie chciano wydać  książki Leopolda "Życie towarzyskie i uczuciowe" – pamfletu wymierzonego w osoby ze środowiska literackiego. Tyrmand miotał się coraz bardziej, przepychając książkę przez cenzurę.  Po wielu staraniach dostał wreszcie paszport i wyjechał, ale wydanie książki wstrzymano, choć była już zatwierdzona do druku. Kiedy wreszcie dostał pozwolenie na wyjazd, opuścił Polskę na zawsze w 1965 roku.
Z Barbarą rozwód wziął "korespondencyjnie", przebywając za granicą. Ona została potem znaną projektantką mody. Nie załamała się rozstaniem i wspomina swojego byłego męża dobrze, a nawet uważa, że wyjechał we właściwym momencie. Nigdy więcej się już nie zobaczyli.

Na stałe zamieszkał w Stanach Zjednoczonych. Przez pewien czas drukował nawet w prestiżowym tygodniku "The New Yorker". Został z niego wyrzucony za zbytnią prawicowość. Leopold na obczyźnie stał się konserwatystą. Dobrze się tam czuł do pewnego czasu, ale w miarę jak jego poglądy się radykalizowały, przestawał pasować do antyamerykańskich i  lewackich nastrojów w amerykańskim społeczeństwie. On sam uważał, że Ameryka to najlepszy kraj na świecie, podczas gdy Amerykanie sądzili dokładnie odwrotnie.
 
Po raz trzeci ożenił się z Mary Ellen Fox w 1971. Ślub miał być w obrządku judaistycznym, ale z powodu nadmiernych ingerencji przyszłej teściowej Leopold zdecydował, że ślub będzie świecki. Panna młoda miała 24 lata, pan już-nie-taki-młody-chyba-że-duchem miał 51 lat. Małżeństwo przetrwało do 1985.  W jego trakcie otrzymał obywatelstwo amerykańskie.Zdjęcie, które mnie urzekło.

Był szczęśliwy w trzecim małżeństwie, choć zawodowo czuł się niespełniony. Nie dał się namówić na złagodzenie swojego konserwatywnego stanowiska, więc otrzymywał mało zamówień na artykuły.  Natomiast Mary Ellen czuła się wybrana, bo pokazał jej inny świat – kultury i sztuki. Sam uwodził inne kobiety w czasie trwania małżeństwa. Zdradzał ją nawet, o czym ona wiedziała. Ale jednocześnie był bardzo zazdrosny o swoją żonę.Wymagał od niej dużo uwagi i zainteresowania. Był zarazem zabawny i nieznośny. Jego egocentryzm w trakcie tego małżeństwa wcale nie zmalał, przykładowo listy swojego autorstwa zatrzymywał, natomiast przysyłane do niego wyrzucał.
Ona uważa, że to on ją stworzył (He made me sophisticated). Mimo, że codzienne życie z Leopoldem to była całodobowa praca, udało jej się zrobić doktorat na Yale. Mary Ellen w wywiadzie zacytowała Leopolda: Ale zawsze mi powtarzał: "Nigdy nie będziesz ważniejsza niż moja praca". Dopiero po długim czasie (...), powiedział: "Stałaś się ważniejsza niż pisanie."
Dzieci – bliźnięta Rebecca i Matthew urodziły się w 1981. Tyrmand miał już wtedy 61 lat. Leopold był bardzo szczęśliwy, że po tylu latach zostanie ojcem.  Nie sądził, że to jeszcze możliwe. Bardzo je kochał, choć radość z ich narodzin nie przeszkodziła mu w podróżach – być może sądził, że ma jeszcze wiele czasu, aby z nimi być.
Niestety, zmarł na atak serca w 1985 w wieku  64 lat, w czasie wakacji spędzanych z rodziną na Florydzie.
Mary Ellen ciężko przeżyła jego śmierć.
Dzieci słabo pamiętają ojca. Mimo wszystko odcisnął na nich swoje piętno - uważają się za Polaków.  Jego córka, która jest uparta i zdecydowana, jak jej ojciec, pracuje dla Elizabeth Arden.
Jego syn niewątpliwie odziedziczył po nim nie tylko podobieństwo fizyczne, ale i charakter:) Wciąż odwiedza Polskę.

 Zainteresował Was temat? Może zechcecie przeczytać książki, które ja przeczytałam.

1. Przede wszystkim Leopold Tyrmand, "Dziennik 1954", Warszawa 1989. Wybrałam sobie do czytania wersję z ingerencjami cenzury, chciałam zobaczyć to na własne oczy i wczuć się w klimat ;-). "Dziennik" to dzieło trudne w odbiorze, ze względu na objętość i trudne słowa, jak na przykład "egzegeza kompradorstwa" (spokojnie, też nie wiem, co to znaczy), ale nie ma się co zrażać. Daje wspaniały i przerażający obraz tamtego czasu, nie epatując nadmiernie okrucieństwem.
2. Poza tym, żeby obraz był pełniejszy: Mariusz Urbanek, "Zły Tyrmand", Warszawa 2012. Interesujące.
3. Matthew Tyrmand i Kamila Sypniewska, "Jestem Tyrmand, syn Leopolda", Kraków 2013  - no cóż, "Dziennik 1954" to nie jest (i nie chodzi mi tylko o rok napisania), ale daje nieco perwersyjną przyjemność wchodzenia w czyjeś życie z butami na  własne życzenie autora.
4. Sławomir Koper, "Skandaliści PRL", Warszawa 2014. Znamy już te postacie, znamy już te losy, ale zawsze miło poczytać.
5. Agata Tuszyńska, "Tyrmandowie. Romans Amerykański", 2012. Właśnie ta książka zainspirowała mnie do napisania o Tyrmandzie. Byłam oczarowana urokiem Mary Ellen i to jej Leopold Tyrmand zawdzięcza powyższy wpis (zapewne by się oburzył faktem, że zawdzięcza coś swojej żonie, a nie ona jemu).
6. No i na deser nieśmiertelny "Zły" Leopolda Tyrmanda (Warszawa 1993). Dzieło słusznych rozmiarów, ale dość łatwe w odbiorze, napisane z werwą i ma interesujące pierwsze zdanie, co według mnie jest ważne, bo "ustawia" percepcję całej książki. Niepowtarzalny klimat, krwiste postacie, tak przerysowane że ta krew z nich kapie. Co prawda (nie wiem, czy to było intencją Tyrmanda) główni złoczyńcy jakoś mnie nie przerażają, za to postacie trzeciorzędnych chuliganów budzą mój niepokój. No i łatwo poznać, że czytamy o Polsce - słowa "picie" i "wódka" są chyba najczęściej występującymi wyrazami w "Złym".

 

Czytaliście którąś z powyższych książek?

Co o nich sądzicie? A o Tyrmandzie?

Pozdrawiam wszystkich, którzy dotarli aż tutaj;D

piątek, 02 maja 2014, iwawierzba

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: