Blog > Komentarze do wpisu

Maria Rodziewiczówna... ortodoksyjna buntowniczka (cz.2)

W Marii Rodziewiczównie zafascynowała mnie specyficzna mieszanka wybuchowa: głęboka religijność i mistycyzm w połączeniu z całkowitym brakiem poszanowania katolickiego modelu życia i ogólnie przyjętych zasad. Była to osoba nietuzinkowa, która nigdy nie pytała nikogo o zdanie, żyła z kim chciała i robiła co chciała.

 Po wojnie

W 1919 obrabowano mieszkanie Marii w Warszawie. Co gorsza została napadnięta w posiadłości Wyraj, którą kupiła razem z Heleną. Jeden z napastników postrzelił ją w twarz. Kula przeszła przez policzek i wyszła za uchem. Maria była bardzo dzielna, bo po postrzale nie straciła głowy, tylko oczyściła ranę. Napastnicy związali ją i zaczęli okradać dom. Kiedy zabrali co chcieli, uciekli - a Maria na ostrzu siekiery rozcięła więzy (!) i wezwała pomoc. Długo musiała czekać, pomału się wykrwawiając. Wreszcie Helena przyjechała z Warszawy z pielęgniarkami. Potrzebna była operacja, więc Marię uśpiono chloroformem i przeprowadzono zabieg oczyszczający ranę. Po  kilku godzinach od operacji nastąpił krwotok. Jak wspomina Jadwiga, Maria prosiła nawet, by ją  dobić. Bardzo cierpiała, antybiotyków nie znano - leczenie przeciągało się. W następnych dniach Jadzia zmieniała się przy łóżku chorej z Heleną. Wdało się zakażenie, na karku utworzył się bolesny antraks (choroba przenoszona ze zwierząt). Następnie zachorowała na różę - ostrą zakaźną chorobę skóry. Jej życie wisiało na włosku, dopiero po wielu tygodniach nastąpiła poprawa. Jak pisała Jadzia:Urocza Jadwiga Skirmunttówna  Ci, którzy mogli pielęgnować kogoś bardzo drogiego i z nim razem wracali od wrót śmierci do życia, zrozumieją, jakeśmy były szczęśliwe! Po dwóch miesiącach, kiedy Rodziewiczówna czuła się na siłach, pojechały razem na dziękczynną pielgrzymkę do Częstochowy.

Kiedy doszła do siebie, natychmiast zajęła się odbudową dworu, a nawet wspomagała sąsiadów. Jadwiga wspomina: Któregoś dnia przyszedł jakiś chory, dobrze poza godzinami wyznaczonymi i przyjęcia odmówiłam. (...) A ona mi na to z wyraźnym wzruszeniem w głosie: A kto to wie? Może to był sam Pan Jezus?... Kto by teraz tak powiedział?

Utworzyła kółko rolnicze, którego była prezesem. Miała nadzieję, że chłopi nadal będą ją poważać, ale od zakończenia wojny stosunek włościan do polskiej szlachty bardzo się zmienił. Nieustannie działała propaganda bolszewicka i Maria nie czuła się już zbyt bezpiecznie.  Przeniosła więc „chatę leśnych ludzi” bliżej dworu.

W 1920 Jadzia zapisała się na kurs Czerwonego Krzyża, sprzedała swoją ziemię (a pochodziła z bogatej rodziny) i przeprowadziła się do domu Marii, gdzie urządziła lecznicę dla okolicznych mieszkańców. Od tej pory zamieszkały razem i były już nierozłączne przez 25 lat, aż do śmierci pisarki.. (...) dobrze nam razem, niech więc jej dom będzie moim domem. Jadzia i Marysia spały w jednej sypialni, każda miała swoje łóżko. Spotykały się tam wieczorami przy wspólnym stole, stało  tam też pianino, na którym grywała Jadzia. Nowa mieszkanka dworu była całkowicie podporządkowana Marii i darzyła ją wielkim uwielbieniem. Właścicielka również była bardzo oddana Jadwidze, ale nie potrafiła ograniczyć się do jednej przyjaciółki. Jadzia przejęła część damską, czyli zajęła się domem, a Maria interesami. Rodziewiczówna chciała, żebym od razu miała bardzo wyraźne stanowisko pani domu (...).

Lecz już w 1920 zostały zmuszone znów do przeprowadzki na zachód wobec najazdu wojsk bolszewickich. Uciekały z dobytkiem, gnając przed sobą bydło. Dopiero po kilku miesiącach (po "cudzie nad Wisłą") mogły wrócić do domu, który dzięki staraniom służby był w dobrym stanie, lecz ogołocony ze sprzętów.

Lata 1921/22 obfitowały w epidemie malarii i tyfusu, Jadwiga leczyła chorych, aż w końcu sama zachorowała na tyfus.

Maria i Helena w 1927Maria w tym czasie zaczęła wyjeżdżać na zimę do Warszawy, mieszkając u Heleny Weyhert. Jadwiga zostawała sama na gospodarstwie i z utęsknieniem czekała na powrót swojej towarzyszki.

Rodziewiczówna utrzymywała ożywione stosunki ze środowiskami katolickimi i pewnego lata ksiądz z Poznania przysłał jej grupę harcerzy, wśród których był Jędrzej Giertych. A harcerze okazali się młodymi stronnikami Stronnictwa Narodowego, którzy odbywali w Hruszowej warsztaty Obozu Wielkiej Polski - skrajnie prawicowej organizacji.

II wojna światowa

Kiedy wybuchła, miejscowa ludność odwróciła się całkowicie od pań we dworze i  przestała  przychodzić do pracy. Bolszewicy nasilili swoją propagandę, a na dodatek do dworu zbliżali się Niemcy.

Ale to wojska rosyjskie były szybsze - nadeszły 20 września. Chłopi ośmieleni bliskością bolszewików zakomunikowali paniom, że przejmują majątek Hruszowa. Wygnali wszystkich przyjezdnych, którzy się we dworze zatrzymali. Rodziewiczównę dochodziły słuchy, że wielu właścicieli dworów zostało zabitych. Chłopi powynosili meble, pościel, ubrania, pianino i zmusili właścicielkę do przeniesienia się do dwóch pokoików, zajmując resztę domu. Panie zdołały schować jedynie kilka rzeczy. (Ciekawa to sprawa, jak zmienia się człowiek, kiedy ktoś mu powie, że może wszytko i czuje za sobą poparcie.)

Wreszcie w październiku 1939 dostały nakaz opuszczenia domu i udania się do Kobrynia, rzekomo na spotkanie z komendantem wojsk bolszewickich. (Wyobraźcie to sobie, ktoś przychodzi do waszego domu i mówi wam, że już nie jest wasz i w ogóle won, bo jak nie, to was rozstrzelamy, a przedtem zgwałcimy albo będziemy torturować.) Nowe rządy zaowocowały tym, że z kwitnącego majątek bez jakichkolwiek długów  pod koniec wojny zostały tylko spalone zgliszcza

Kiedy dotarły do Kobrynia, okazało się że żadnego wezwania nie było, a chciano się ich pozbyć, aby szabrować dobytek. W obawie o własne życie (brat i siostra Jadwigi zostali zamordowani i zakopani w lesie przez mieszkańców własnej wsi) nie wróciły już do domu i nigdy więcej go nie zobaczyły. I tak miałam szczęście, żem uszła z życiem” mówiła Maria kilka lat później. Wielu mnie chciało postawić pod ścianą jako dziedziczkę, krzywdzicielkę ludu. Byłam gotowa na śmierć.

Po wielu perypetiach pod fałszywymi niemieckimi nazwiskami udało im się przedostać do Polski.  Zamknięto je w obozie dla internowanych pod Łodzią, dla kwarantanny i spędziły tam wiele tygodni. Warunki były bardzo ciężkie, sale bardzo słabo ogrzewane, na kilkadziesiąt osób. Można się było myć tylko na mrozie. Przenoszono je z obozu do obozu, w każdym z nich było okropne warunki, zimno, wspólne słomiane barłogi do spania na podłodze, wszy, pluskwy, marne jedzenie, brak możliwości umycia się: „(...) od października ubiegłego roku, gdy wyszłam  ze swojego domu, nie zmieniałam bielizny, ani się nie kąpałam...” . Aż dziwne, że obie to przeżyły mimo podeszłego wieku. Miały wielu przyjaciół, którzy nie opuścili ich w potrzebie – dostarczali ubrania i paczki z żywnością, aż wreszcie spowodowali ich zwolnienie z obozu.

Wreszcie w lutym 1940 znalazły się w Warszawie. Na początku zamieszkały u Heleny Weyhert. Na wiosnę obie się przeprowadziły (Jadwiga i Helena nie znosiły się). Z małymi przerwami przeżyły tam wojnę do Powstania Warszawskiego marząc cały czas o powrocie do domu. Znajomi  i nieznajomi przysyłali sławnej autorce paczki, i przekazywali pieniądze, dzięki którym mogły się utrzymać, a nawet dzielić z innymi. Obie przyjaciółki wiele razy zmieniały miejsce zamieszkania z powodu nalotów, ostrzałów i rewizji. Rodziewiczówna współpracowała z AK  (w jej mieszkaniu miały miejsce zbiórki i była przechowywana tajna Maria i Jadwiga w czasie II w. ś.prasa). Była pewna, że wojna skończy się klęską Niemców i Polska będzie wolna. Po wybuchu Powstania, życie stało się dla nich jeszcze trudniejsze. Poruszać można było się tylko przez piwnice i podwórza. Jadwiga z narażeniem życia przedzierała się po wodę, która stała się obsesją Marii – śniły jej się szmer strumieni i krystaliczne potoki. Mimo to Rodziewiczówna nie zapominała o Helenie, którą chodziła odwiedzać co drugi dzień, zwłaszcza kiedy tamta zachorowała na raka. Dzieliła więc swój czas między Jadwigę i Helenę, a obie musiały to tolerować. W czasie powstania Maria musiała nieraz przebywać w zatłoczonych i przepełnionych odorem i dymem schronach, co przy jej astmie było niesamowitą udręką.  Przy życiu trzymała ją tylko opieka Jadwigi.

Rodziewiczówna, chora, spragniona, głodna i wyczerpana (wiek też dawał się we znaki) słabła coraz bardziej. Natomiast Jadzia – młodsza i silniejsza, niezłomnie przy niej trwała. Bóg nas złączył po to, byśmy razem były do końca i wolę zginąć razem, niż ją opuścić. Po upadku powstania w październiku, aby uniknąć ponownego zamknięcia w obozie wyjechały z Warszawy. Marię musiano transportować na noszach. Trafiły do leśniczówki przyjaciół w  Żelaznej. Niestety listopad 1944 był bardzo zimny i wietrzny, a chata w lesie miała wiele szpar i nieszczelne okna. Rodziewiczówna dostała wysokiej gorączki, potem zapalenia płuc. Zdawała sobie sprawę, że umiera i żałowała tylko jednego - że nie doczeka wolnej Polski.

Jadwiga była zrozpaczona. Było nam ze sobą po prostu... zbyt dobrze. Musiała też pozwolić na wizytę Heleny, która dowiedziawszy się o złym stanie Marii przyjechała, aby się pożegnać.

Maria Rodziewiczówna - dumna i nieulękłaMaria Rodziewiczówna odeszła w nocy z 6 na 7 listopada. Jadwiga, która tyle razy ratowała jej życie, tym razem nie mogła nic poradzić.  ...ucałowała mnie wtedy tak długo i serdecznie, iż zrozumiałam wyraźnie, że to już ostatnie pożegnanie (...). A ja wiedziałam jedno, że zostanę sama i duszę miałam tak odrętwiałą(...). Można pozazdrościć tak wiernej i trwającej do końca życia miłości.

Myślę, że miały szczęście, że mogły być razem do końca i że Maria mogła umrzeć w spokoju, przy kochanej osobie i po wizycie księdza, który dał jej ostatnie namaszczenie.  

Samotne lata Jadwigi

W 1946 Jadwiga, która tułała się po domach przyjaciół od zakończenia wojny przyjechała do Wałbrzycha z ostatnim żyjącym bratem Konstantym - byłym ambasadorem i ministrem spraw zagranicznych. (Nawiasem mówiąc, z czworga rodzeństwa Skirmunttów żadne nie wzięło ślubu i nie miało dzieci).

Konstanty zmarł w Wałbrzychu w 1949, pozostawiając Jadwigę samą w wieku 75 lat. Na szczęście Jadwiga była sukcesorką praw do powieści Rodziewiczówny, dzięki temu miała środki do życia. Jako osoba inteligentna i wykształcona, dawała też lekcje języków obcych. Żyła długo, bowiem zmarła w sędziwym wieku 94 lat w 1968. Musiała bardzo tęsknić przez te samotne lata do szczęśliwych dni spędzonych z Marią w Hruszowej.

 

Ciekawe? Dowiedziałam się o niezwykłym życiu naszej dzisiejszej bohaterki z poniższych źródeł:

1.Hieronim Tukalski-Nielubowicz „Życie Marii Rodziewiczówny”, 2014. Krewny Rodziewiczówny oczywiście nie jest obiektywny, więc jest to kolejna laurka na jej cześć.

2.Jan Głuszenia „Tak chciałam doczekać... Opowieść o Marii Rodziewiczównie” Warszawa 1992. Dłuuuugi wstęp, krótkie zakończenie (Fiat voluntas tua - Bądź wola twoja). Autor – zdaje się-  podziela poglądy Rodziewiczówny i jest  wielbicielem jej pisarstwa.

3.Maria Rodziewiczówna „Ostatni kalendarzyk”, 2014. Niezborne zapiski chorej i słabej Marii, szkoda że nie rozwinęła skrótów w pełniejsze zdania.

4.Jadwiga Skirmunttówna „Pani na Hruszowej. Dwadzieścia pięć lat wspomnień o Marii Rodziewiczównie”, 2012. Jadwiga Skirmunttówna przeżyła z Marią Rodziewiczówną pod jednym dachem 25 lat życia, do jej śmierci. Napisała książkę o tych latach swoją wzniosłością przywodzącą mi na myśl kazanie. Skirmunttówna kronikarką życia Rodziewiczówny. Jawi się jako osoba całkowicie podporządkowana Marii. Natomiast Maria w książce jest niezłomną patriotką, żarliwą katoliczką, wielką społecznicą , wspaniałą pisarką – po prostu osobą wybitną i nieskazitelną w każdym calu.

Wierna Jadwiga nie wymienia nigdy imienia swojej partnerki w książce, posługuje się nazwiskiem, jakby stawiając się niżej i chcąc oddać cześć swojej towarzyszce.

5.Na deser kilka powieści Marii Rodziewiczówny:

- oczywiście „Lato leśnych ludzi” – jej sztandarowa powieść. Świetna powieść przyrodnicza, wspaniałe opisy przyrody, aż by się chciało być na miejscu Rosomaka, Żurawia i Pantery. Jedna uwaga – w dzisiejszych czasach, kiedy tak chroni się środowisko naturalne opisy zabijania drapieżników, bo są drapieżnikami po prostu otwierają nóż w kieszeni;

- z innej beczki „Między ustami a brzegiem pucharu”. Wspaniały i sztandarowy przykład pisarstwa Rodziewiczówny. Hrabia Wentzel – zakochuje się w cudnej ale oziębłej Jadwidze i wszelkimi sposobami próbuje ją zdobyć. Ten ci lekkomyślny młodzian przechodzi przemianę, aby zasłużyć na względy Polskiej patriotki. Mała próbka: Piękna Jadzia powitała Wentzla niedbałym spojrzeniem, czekała narzeczonego do kadryla. Urocze w staroświeckim stylu i wciągające, choć od początku wiadomo, jak to się skończy;

- „Błękitni”. Szlachetna Gabrynia i rozpustny dziedzic Leon mijają się przez całą książkę, by na końcu wreszcie się zejść i znaleźć szczęście. Podlane patriotycznym sosem. Ile to już razy o tym czytaliśmy... ale i tak zawsze kibicujemy bohaterom. 

6. http://www.polskatimes.pl/artykul/18066,ostatnie-dni-ambasadora,id,t.html?cookie=1   -  tu znalazłam info o dalszych losach Jadwigi.

7. http://cyfroteka.pl/catalog/ebooki/0303299/030/ff/101/OEBPS/Text/section006.xhtml  - tu Maria Rodziewiczówna trochę od innej strony

 

wtorek, 27 stycznia 2015, iwawierzba

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2015/01/29 14:39:20
Tak różne są losy ludzkie i takie nieraz smutne